W kinematografii światowej tematyka związana z prawem pojawia się dość często. Zwraca uwagę zwłaszcza kino amerykańskie, które wytworzyło nawet odrębne gatunki filmowe: dramat sądowy i thriller prawniczy. W Stanach Zjednoczonych produkowanych jest rocznie co najmniej kilkanaście filmów zakotwiczonych fabularnie w procesie sądowym czy z wyrazistymi postaciami adwokatów, a w dziesiątki liczy się obrazy luźniej związane z prawem; są to ilości odpowiadające całemu polskiemu dorobkowi w tej dziedzinie. Filmy dające się zaliczyć do któregoś z tych gatunków powstawały i wciąż są realizowane także w innych krajach. W różnorodny sposób przedstawiane są w nich wizerunki prawa i prawników. Prawo bywa ujmowane jako środek przywracania utraconego ładu, zbiór zasad rządzących swoistą grą na sali sądowej, wyjątkowo zaś jako jeden ze środków represji aparatu przemocy.

Tytułem wstępu

adwokat
adwokat

Polskie kino prezentuje się na tym tle zupełnie odmiennie. Bardzo niewielka jest liczba filmów traktujących prawo lub prawników jako główny przedmiot zainteresowania. Takie filmy wyjątkowo powstawały przed 1989 r. Po przełomie ich ilość jest tylko nieco większa. Zwraca przy tym uwagę przede wszystkim fakt, że niemal bezwyjątkowo prawo w filmie polskim traktowane jest jako reprezentant zła, narzędzie dezorganizowania społecznej rzeczywistości. Zarówno w filmach sprzed 1989 r., jak i w tych zrealizowanych po tej dacie wykorzystuje się ukształtowany od dawna w polskim społeczeństwie stereotyp prawa jako środka opresji państwa wrogiego obywatelom. Prawo funkcjonuje w tym kontekście jako reprezentant zła – rozumianego jako arbitralne stosowanie wrogiej obywatelom władzy – służąc urzeczywistnieniu interesów obcych lub wrogich ludziom. Aparat państwowy reprezentuje bądź to sam siebie, bądź osoby z jakichś powodów (choćby arbitralnego wskazania) niesłusznie uprzywilejowane. Fenomen prawa jako reprezentanta zła daje się analizować na kilku płaszczyznach, z których najważniejsza wydaje się warstwa dyskursywna filmu. W końcowej części pracy przyjrzymy się także sposobowi konstruowania mise-en-scene\ przy czym szczególną uwagę poświęcimy metodzie budowania postaci prawników – te zabiegi sprawiają, że prawo w filmie polskim staje się reprezentantem zła.

Kino sądowe w okresie PRL-u

Jak już wspomnieliśmy, bardzo rzadko przed 1989 r. filmowcy polscy poruszali tematykę związaną z prawem. Jeżeli już do tego dochodziło, powstawały bądź produkcje typowo propagandowe, których odniesienia do realiów peerelowskiego wymiaru sprawiedliwości były czysto spekulatywne („Głos ma prokurator”, 1965 r., w reż. Włodzimierza Haupego), bądź takie, w których prawo jawiło się jako przestrzeń niedostępna dla przeciętnych zjadaczy chleba, gdyż została zawłaszczona przez osoby zawodowo związane z prawem. Aby zilustrować tę tendencję, przyjrzymy się bliżej dwóm filmom – „To ja zabiłem” (1974) Stanisława Lenartowicza i „Skazanemu” (1975) Andrzeja Trzosa-Rastawieckiego.

Pierwsze dwadzieścia minut „To ja zabiłem” przynosi obietnicę nietuzinkowego dramatu sądowego: zeznania świadków wywołane pytaniami umiejętnie stawianymi przez prokuratora i adwokata, zobrazowane w formie retrospekcji, ujawniają coraz więcej niespójności w – zdawałoby się – przejrzystej sprawie zabójstwa niewygodnej kochanki. Następnie jednak akcja filmu opuszcza salę sądową, a na pierwszy plan wysuwa się wątek romansu protokolantki i świadka (który jest prawdziwym mordercą). Sama zaś sprawa o zabójstwo, z powodu śmierci oskarżonego, zostaje umorzona. W ten sposób film ani nie potwierdza możliwości osiągnięcia sprawiedliwości na drodze sądowej, ani jej nie zaprzecza. Śmierć, niczym antyczny Los, przecina rozważania o tym, czy sądowi uda się ustalić prawdę i ukarać winnego.

Ciekawym przypadkiem filmu prawniczego jest paradokumentalny „Skazany” Trzosa-Rastawieckiego. Głównym bohaterem jest trzydziestoparoletni Ryszard Bielczyk (Wojciech Pszoniak), organizator imprez artystycznych. W swym nieustabilizowanym życiu nie ma właściwie żadnego punktu zaczepienia. Wszystko zmienia się, gdy otrzymuje informację o nieuleczalnej chorobie starszego brata. Bohater wykazuje się altruizmem i poświęceniem, troszczy się o chorego. Nie sprzeciwia się też, gdy starszy Bielczyk, złamany fizycznym i duchowym cierpieniem, postanawia odebrać sobie życie. Prokuratura, ustaliwszy okoliczności zgonu byłego trenera, wszczyna proces przeciwko Ryszardowi Bielczykowi. Film otwiera rama w postaci informacji, że wymyśloną przez scenarzystów sprawę ocenili profesjonalni prawnicy; na końcu przedstawiony zostaje wydany przez nich wyrok (skazujący). Co interesujące, w filmie brakuje sceny z wydawaniem wyroku (chociaż wielokrotnie powracają ujęcia Ryszarda Bielczyka zeznającego w sądzie); widz ma możliwość samodzielnej oceny działań bohatera, niekoniecznie tożsamej z wyrokiem wydanym przez profesjonalistów. W przypadku obu tych filmów prawo nie służy bezpośrednio wyrządzeniu zła. Wydarza się ono w rzeczywistości pozaprawnej, ale następnie brak jest adekwatnej reakcji na dziejącą się niesprawiedliwość. Proces sądowy nie prowadzi do ukarania winnego, przedstawiony zostaje w obu wypadkach jako gra prawników, w której meandrach gubią się prawda i sprawiedliwość.

Komentarze
Załaduj więcej podobnych artykułów
Załaduj więcej Redaktor
Załaduj więcej Jakie to trudne

Dodaj komentarz

Sprawdź też

Kompresor tłokowy – wszystko, co musisz wiedzieć

Kompresor tłokowy jest maszyną działającą na zasadzie wyporności dodatniej, która wykorzys…